Rozmiar: 42861 bajtów
[Strona Główna] [O nas] [Archiwum] [Brama] [Nasza twórczośc] [Myśli] [ Pamiętnik] [Dziennik Pielgrzyma] [Warto zobaczyć] [Kontakt]

 

Pan przychodzi jak chce.
Dziennik Pielgrzyma

  Jedna z naszych sióstr, Magda ruszyła z XXI Zamojską Pielgrzymką na Jasną Górę, w czasie męczącego marszu wiele przeżyła, przemyślała, zrozumiała. Bacznie notowała wszystkie ciekawe myśli i postanowiła nam je udostępnić. Chce pochwalić się przed wszystkimi tym, co Pan Bóg do niej powiedział w czasie drogi. Zamieszczone tutaj fragmenty są w 100% prawdziwe i szczere.


2 sierpnia 2003

Leży przede mną pokaźny plik kartek, ciągle wyrywam z mojego błękitnego zeszyciku nowe i nadal nie wiem co napisać. Trudno jest mi zacząć. Mam w głowie wielki bałagan. Jest mi bardzo ciężko wyznać co czuję, mam w głowie wielki bałagan.
Dzisiaj jest pierwszy dzień pielgrzymki, rekolekcji w drodze. Wszystko to wydaje mi się zbyt trudne na moją słabą osobę. Cała ta nowa przygoda rozpoczęła się od Mszy Świętej z katedrze w Zamościu. Stałam w tym wielkim kościele w samym kącie i czekałam w kolejce do konfesjonału, jako jedna z tych duszyczek na drodze do zbawienia. Patrzyłam w tłum ludzi zebranych w jednym miejscu, w domu naszego Boga i nie wiedziałam, co tam właściwie robię. Czułam się zupełnie obco, prawdopodobnie wyglądałam na zagubioną, nie widziałam w tym wszystkim żadnego konkretnego celu, nie niosłam na swoich ramionach żadnej intencji. Nie potrafiłam skupić się na tym, co się wokół mnie dzieje, swoją uwagę koncentrowałam na bitwie myśli, która odbywała się w mojej głowie. Zadawałam sobie wiele pytań typu czy wzięłam ze sobą wszystkie potrzebne rzeczy, czy dam rade iść tak długo, i kiedy w końcu przyjdzie moja kolej spowiedzi. Nie czułam nic oprócz strachu i niepokoju. Każda minuta była wieczności, aż w końcu uklękłam przy kratkach konfesjonału, spojrzałam na spowiednika i zaczęłam wyrzucać z siebie grzechy, wszystkie swoje słabości, uzależnienia, osądy. To, co później usłyszałam nie było miłe, wręcz przeciwnie. Nawet zdążyła pomyśleć coś niemiłego o księdzu, bo jak on mógł tak mnie osądzić, za kogo on mnie uważa!? Wiedziałam, że ma rację; wiedziałam to i słuchałam, tego, co miał mi do powiedzenia. Przestałam się tłumaczyć przed sobą samą. Po spowiedzi uklękłam by się pomodlić. Było mi lżej, przyjemniej; odeszły ode mnie te myśli pełne beznadziei. Byłam taka spokojna, posłusznie słuchałam tego głosu, który się wewnątrz mnie odezwał, poczułam, że wiem, po co idę na Jasną Górę, znalazłam cel intencje tej trudnej drogi. Strach, jaki czułam wcześniej już mnie tak nie paraliżował a dodawał mi sił i odwagi. Pełne uczestnictwo we Mszy, Chrystus, który do mnie przyszedł pozwoliły mi z uśmiechem na twarzy rozpocząć drogę do Matki Boskiej. Dziś nie mogę powiedzieć jak to będzie dalej, czy wytrwam w tym stanie ducha, czy nie zwątpię. Dzisiejszy dzień był piękny. Ci wszyscy ludzie, którzy wychodzili do nas, żegnali nas, płakali, śmiali się, modlili się w naszej intencji sprawili, że cieplej robiło się w serduszku, dodawali otuchy. To było coś wspaniałego, jeszcze nigdy czegoś takiego nie spotkałam. Nigdy nie widziałam takiej miłości i radości w ludziach. Wieczorny apel był niesamowity - może, dlatego, ze był pierwszy. To zupełnie nowe doświadczenie - tak jak wszystkie inne dzisiejszego dnia. Szkoda tylko, że moja grupa jest sztywna i nie miałam się do kogo odezwać. Dziś wiem jedno chcę iść dalej. Wierzę, że Pan Bóg doda mi sił!

3 sierpnia 2003

Na porannej Mszy był ślub Agnieszki i Piotrka z 2 grupy. Piękna uroczystość bez niepotrzebnego zamieszania. Z Gosią złożyłyśmy im życzenia. Panna młoda bardzo się wzruszyła. Na konferencję przyszedł ks. Tomasz. To, co on mówił było b. Pouczające. Dał przed wszystkimi świadectwo swojej wiar, miłości i oddania się Bogu. Wspaniałe było to, iż nie sypał jakimiś suchymi faktami, nie czytał z pomiętej kartki, lecz rozmawiał z nami, spontaniczny i autentyczny. A czy ja jestem już nawrócona? Znów pojawiła się niepewność i wyrzuty sumienia. Czy ja dostatecznie angażuję się w rozwój własnej osoby?. Mam wrażenie, że kroczyłam bezpośrednio do piekła, bo tak było łatwiej. Co raz bardziej się cieszę, że tutaj jestem, szkoda, że nadal panuje zmowa milczenia. Tęsknie za domem i przyjaciółmi, których tam zostawiłam. Ciągle wątpię w wytrwałość moich nóg. Droga do Boga wiedzie pod górkę, a ja ciągle się po niej staczam w dół i znowu wszystko zaczynam od nowa niczym Syzyf. Na apelu śpiewałam razem ze scholą siedząc przy ołtarzu czułam się dobrze, byłam bliżej Boga i bliźnich. Dziękuje Panu za siły, które mi daje, za to, że mogłam dojść do tego miejsca. Ufam Mu i wierzę, że to nie koniec mojej podróży! To dopiero początek. Chwał Panu!!!


4 sierpnia 2003


Na naszej drodze spotykamy wspaniałych ludzi. Wszyscy przyjmują nas z radością, dzielą się z nami tym wszystkim, co mają. A najwięcej mają miłości. Na apelu w kościele pw. Podwyższenia Krzyża atmosfera była nie do opisania! Wszyscy mieliśmy tyle energii i siły. Nasza schola prowadziła, a my tańczyliśmy, skakaliśmy i krzyczeliśmy. Radowaliśmy się! My nie chcieliśmy wyżyć się bezmyślnie nad starym kościołem, my chwaliliśmy Pana! Nie było istotne to czy bolą nogi czy nie, czy jest się zmęczonym. Tego nikt nie czuje, nikt nie zwraca na to uwagi. Raduje się tym, że mogę tak okazać swoja niedoskonałą miłość do Boga i ludzi. Z każdym dniem, co raz bardziej czuje wśród nas obecność Stwórcy, to on jest naszym przewodnikiem i wszyscy to dostrzegają. Mimo tego wszystkiego nadal odczuwam momenty, iż czuję się słaba i zagubiona. Nie potrafię nazywać się dzieckiem Najwyższego. Mam jednak nadzieję...


5 sierpnia 2003

Łączymy się na postojach i wspólnie śpiewamy. Może się to komuś wydawać się dziwne albo popisowe, lecz ja odbieram to jako świadectwo Bożej działalności w ludziach, to, iż stanowimy tak wspaniałą wspólnotę może tylko cieszyć. Pomaga przetrwać trudne chwile i odpędzić smutki. Przestałam tęsknić za domem. Uświadomiłam sobie, że idę do domu mojego najwspanialszego Taty. Ciągle uczę się tej szczerości i otwartości na ludzi. Jeszcze nie umiem okazywać im tyle miłości, to trudne, bo trudno dać miłość, a jeszcze trudniej ją przyjąć z wdzięcznością. Wieczorny apel był kolejny raz transmitowany. Brało w nim udział wiele grup. Nadal jest to najbardziej radosny moment wieńczący kolejny dzień trudnego marszu.

6 sierpnia

Każdy dzień wędrówki rozpoczynamy Mszą Św. dzisiejsza była trochę inna od pozostałych, odbyliśmy ją na wolnym powietrzu, w pięknej scenerii. W plenerze bardziej dostrzega się mistrzowską rękę Stworzyciela, dopiero tutaj widać miłość, jaką obdarza świat, tak cudnie go przystroił. Przystępując do Komunii Św. pierwszy raz poczułam krew Chrystusa spływającą po Jego obolałym ciele, pierwszy raz poczuła, że Zbawiciel cierpiał przybity do krzyża. Ta Krew, To Ciało i To Cierpienie odkupiło ludzkie grzechy. To było niesamowite przeżycie. Od dnia I Komunii Świętej przyjmowałam ciało i krew Chrystusa bez świadomości, że to jest właśnie ON!!! Jak ja mało rozumiem...

7 sierpnia 2003

Wygrzebane z zakamarków pamięci grzechy nie dawały mi spokoju. Musiałam się wyspowiadać, zwrócić do Ojca. Czując swoją uległość i akceptacje do grzechu trochę się boję rozmowy z Panem. Właściwie to może mniej się boję niż wstydzę, nie mogę zmusić się do modlitwy. Czyżby nadchodził kolejny kryzys...

8 sierpnia 2003

Dotarliśmy do półmetka naszej wędrówki - do Staszowa. Jeszcze nigdy nie widziałam naszej grupy tak szczęśliwej i hałaśliwej jak dziś, w momencie, gdy wchodziliśmy do miasta. Łzy cisnęły się do oczu. Apel prowadziła grupa 2 w kościele Św. Ducha. Tu wszystkie grupy połączyły się w jedną kolumnę. To ważny dzień. Ogromne wrażenie wywarł na mnie kościół - wysoki, posępny i wielki z pięknym witrażem przy tabernakulum. Surowy a jednocześnie dający poczucie bezpieczeństwa. Tam mogłam przeprosić Boga, powiedzieć Mu o swoich lękach pojawiających się tak często. Podziękować Mu za dojście tutaj, za ludzi i za Jego obecność wśród nas, za te chwile ciszy i zdumienia. Bardzo jest mi to opisać. Taką euforię i miłość, jaką wówczas okazywali ludzie każdy musi przeżyć i zobaczyć. Pozwolić sobie na chwilę szaleństwa i zapomnienia w tańcu, płakać ze szczęścia. Ja pozwoliłam sobie na tyle, ile mogłam z siebie wydusić. Teraz nic innego się nie liczy tylko te chwile spędzone tutaj!

9 sierpnia 2003


Jesteśmy, co raz bliżej. Dziękuję Matce za każdy dzień pielgrzymki, za każda przeżytą w pełni chwilę, za ludzi, z którymi razem idę do Jej tronu. Nie zdarzało mi się nigdy nie odczuwać radości z czyjegoś uśmiechu do mnie, ze wspólnej modlitwy i uśmiechu, takiego szczerego i bezinteresownego. Ze wspólnego śpiewania i trzymania się za ręce. Dziękuję za te słowa >Dobrze, że jesteś<.

10 sierpnia 2003

To trochę śmieszne, że o pielgrzymce wypowiadam się w samych superlatywach, ktoś może pomyśleć, że wszystko jest wspaniałe i bez zarzutów. Nie do końca tak jest. Są momenty w ciągu dnia, że czujesz się całkowicie wyczerpany. Nie masz na nic siły, na śpiew, taniec, radość i modlitwę. Nic nie jest w stanie ci pomóc. Myślisz wówczas o banałach, o postoju, który jest ciągle tak daleko, a najbardziej masz ochotę na ucieczkę stąd i powrót do komfortowego domu. Nieraz czuję się samotna, bo nadal nie mam zbyt wielu rozmówców. W takich warunkach można stracić entuzjazm i siłę do przebycia kolejnych kilometrów. Mam serdecznie dość klepania różańca na zawołanie, śpiewania na trzy cztery czy czegoś podobnego. Może to głupie, ale nie zawsze cieszy cię radość i śpiew, czasami trzeba trochę posmucić i biernie iść patrząc się w rozgrzany asfalt. W głębi siebie czuję jednak, że bóg nie zostawia mnie samej ani na chwile; w takich dniach jak dzisiejszy On czuwa nade mną jeszcze bardziej. To On jutro pozwoli mi bardziej cieszyć się tymi pląsami i radosnym wyciem.


11 sierpnia 2003

Poranna Msza była w klasztorze Cystersów w Jędrzejowie. Takie stare budynki kryją w sobie tajemnice. W czasie tej drogi nauczyłam się, że nic nam się nie należy od ludzi i nie możemy niczego od nich wymagać. A mimo to oni wszyscy są dla nas tacy dobrzy. Dzisiejszy wieczór był bardzo rodzinny. Poczułam się jak w domu, jakbym znała tych wszystkich ludzi od bardzo dawna i kochała ich, a oni mnie!


12 sierpnia 2003

Zmęczenie daje się we znaki. Jestem fizycznie wykończona ale zadowolona, przecież robie to dla mojego Ojca w niebie!!!

13 sierpnia 2003

Dzień wdzięczności za miłosierdzie Boga. Mieliśmy etap ciszy; na początku było mi trudno skupić się na rozmowie z Bogiem, ale bardzo się starałam. Wszyscy wytrwali bez rozmów i śmiechów między sobą. Pozwoliło to nam się wyciszyć, uspokoić. Opanować. Dziś był ostatni wspólny apel - bardzo kameralny. Nie wszyscy przyszli, ale i tak było dobrze. Przyjazny uśmiech wycieńczonego człowieka - za to można dać wiele.


14 sierpnia 2003

Dotarliśmy do celu. Jesteśmy w Częstochowie, na Jasnej Górze. To niezwykły czas pełen emocji i wrażeń, trudno mi o tym pisać; żadne słowa nie są w stanie wyrazić tego, co czuję. Jestem spokojna i bezpieczna. Mam pewność, ze te wszystkie dni w drodze, zmęczenie, wątpliwości, momenty zwątpienia a także te wszystkie tańce i śpiewy nie poszły na marne. Dla chwili takiej jak ta mogłabym oddać wszystko. Każdego dnia pisałam, że jest wspaniale i tak było faktycznie, pomimo tego żaden dzień wcześniejszy nie może równać się z dzisiejszym. To tutaj jednoczą się wszystkie nasze modlitwy, prośby i błagania. Wszystko to, co nieśliśmy w naszych sercach dzisiaj składamy przed naszą Królową; wszystkie łzy, chwile bólu, smutku, euforii a także pustki. W tym miejscu zapalają się białe świece w sercach. I tak jak każda kropelka wosku nadaje jej kształt, zmienia się wygląd świeczki, tak każda chwila poświęcona wspólnemu pielgrzymowaniu zmienia ludzkie serce. Nie można tego zobaczyć z zewnątrz patrząca tę nasza wspólnotę przez 5 min. Na początku drogi i tyle samo na jej końcu. Nie można inaczej tego spostrzec jak przez przeżywanie tego samemu, przez uczestnictwo i budowanie więzi. To Bóg prowadził nas przez cały czas, On idzie z nami przez całe życie, On czuwa. On nadaje sens naszemu istnieniu. Ogrzewa nas swoją miłością. To krew Jego Syna - Chrystusa sprawia, iż nasza świeca płonie czystym płomieniem, ona obmywa ją z grzechu. Dziś tak wiele zrozumiałam, już wiem, ze dostaję i biorę od Pana Boga tak wiele, i to wszystko niszczę, marnuję, syntetycznie przetwarzam. Marnotrawię tak wiele otrzymanych łask. Mam wrażenie, że dziś stał się cud, dla mnie tak to wygląda. Przez 2 tygodnie mięliśmy wspaniałą pogodę - świeciło słońce, było cieplutko a my marzyliśmy o kilku kroplach deszczu, modliliśmy się o to i dopiero dziś z nieba spadł na nas rzęsisty deszcz. Prawdziwa Wodę, to nie był zwykły deszcz. Poczułam się jak w czasie przeistoczenia chleba w Ciało; ten deszcz obmył z nas trudy drogi, spłukał grzechy, złe myśli, chore pomysły. Ta Woda pobudziła mnie do nowego życia, nie tęskniłam za nikim i niczym, czułam się jak w domu, nie bałam się... To nie są jakieś wymyślone historie, ja autentycznie czułam coś wspaniałego, coś nie do opisania. Jedynym lękiem, jaki mnie opanował był powrót to prawdziwej rzeczywistości.

15 sierpnia 2003

Wracam do domu. Wreszcie mam czas na zebranie myśli, wyciszenie się, uspokojenie, odpoczynek fizyczny - wiele osób śpi w czasie drogi, inni w milczeniu oglądają świat zza szyby autokaru. Cieszę się, że już niedługo zobaczą moich bliskich. Dopiero w czasie pielgrzymki dostrzegłam jak wiele osób kocham i jak bardzo ich cenią. Mam przyjaciela, do, którego tęsknię, rodzinkę, o którą się martwię, ludzi, wśród, których dorastam i rozwijam się. Jest jednak jakaś siła, która każe mi tu zostać, i trwać w tym stanie uniesienia przez jeszcze długi czas. Te 2 tygodnie drogi wiele mnie nauczyły. Już umiem dziękować Bogu za to choćby, że się obudziłam i nie bolą mnie mocno nogi. Dziękuję Mu za wspaniałe trzy dziewczyny z grupy noclegowej, które okazały mi wiele sympatii i zrozumienia, dziękuję za wszystkich moich rozmówców, za wspólne modlitwy różańcowe, za dzikie śpiewy i tańce, za każdy kilometr, który udało mi się przebyć. Dziękuję za dobrych ludzi, którzy się nami zaopiekowali. Dziękuję za wszelkie dobro, jakie mnie spotkało, wiem, że mi się mi należało. Teraz czeka mnie ciężka próba. Wracam do codzienności, do problemów, do nadziei i pragnień. Jeszcze nie wiem jak często będę podupadać, z jakiej górki znów się stoczę, czy będę umiała cieszyć się tak jak teraz? Czy dalej będę chciała iść do Pana Boga? Jednego jestem pewna nie znam mojej przyszłości, która po minionych dwóch tygodniach bardzo się zmieni. Dziś zamykam, kolejny rozdział mojego życia... Chciałabym by następny był lepszy od tego. To koniec mojego tegorocznego pielgrzymowania.

Magda

© Jennifer 2004